piątek, 23 grudnia 2016

ROZDZIAŁ 4

* Jasmine POV's*

Kilka kolejnych tygodni zleciało na leczeniu. Mimo że lekarze mówili że mogą być nawroty, bo nie mogą stwierdzić czy krew jest oczyszczona do końca, to i tak byłam szczęśliwa.
- Jaki jest twój ulubiony kolor? - spytał Justin, próbując odciągnąć moją uwagę od lekarzy którzy podłączali mnie do jakiegoś urządzenia.
- Hmm... Czerwony. - odpowiedziałam.
- A mój...
- Fioletowy, wiem. - przerwałam mu i zaśmiałam się. - Przepraszam...
- Za dużo o mnie wiesz.
- Wiem o Tobie wszystko. - puściłam mu oczko.
- Nie wszystko. - uśmiechnął się lekko.
Spojrzałam na lekarza który kazał mi się położyć.
- Zostaniesz tutaj? - spojrzałam na Justina, kładąc się.
- Tak. - kiwnął głową.
Położyłam się, a lekarz włączył maszynę. Po raz pierwszy miałam takie dziwne badanie. Nawet nie wiem jak je opisać ani po co ono było. Wpompowali we mnie coś, zrobiło mi się gorąco, miałam dziwny posmak w ustach a gdy lekarz wyłączył maszynę wszystko ustało.
Wstałam i napiłam się wody. Kręciło mi się trochę w głowie.
Wstałam i zachwiałam się. Justin mnie złapał i posadził na krześle na ktorym sam siedział.
- Wszystko w porządku? - spytał cicho. - Dasz radę sama pójść?
Kiwnęłam głową i napiłam się jeszcze raz wody.
- Wszystko w porządku. - spojrzałam na niego. - A czy ty nie musisz wracać do swojego życia?
- Chcesz się mnie pozbyć?
- Nie do końca o to mi chodziło...
- Chodź... - pomógł mi wstać i objął mnie w pasie żebym nie upadła.
- Umiem chodzić. - spojrzałam na niego.
- Wiem, ale nie będę ryzykować.
Westchnęłam. I zaczęliśmy wchodzić po schodach.
- Powinni tu zrobić windy... Moja kondycja umarła... - wysapałam, kiedy usiadłam na łóżku w sali w której aktualnie leżałam.
- Są tutaj windy. Ale chciałem żebyś się przeszła. - zaśmiał się Justin. - Poza tym... To dłuższa droga i mogłem cię dłużej poobejmować.
Spojrzałam na niego i zarumieniłam się.
- Rumienisz się... - uśmiechał się.
- Jakbyś był na moim miejscu też byś się rumienił.
- To opowiedz mi. - oparł się o oparcie krzesła.
- No wiesz... - zaśmiałam się i zarumieniłam jeszcze bardziej. - Kiedyś mogłam tylko marzyć że cię spotkam a teraz siedzisz przede mną i pytasz jakie to uczucie spotkać osobę którą podziwiasz...
- Podziwiasz? Za co mnie podziwiasz?
- Za wszystko. Za to jak kochasz swoich fanów, dbasz o nich...
- A jeśli nie jestem taki jak ci się wydaje?
- Błagam, mówisz jak Edward ze "Zmierzchu". Nie dbam o to co mówią o tobie w telewizji, piszą w tych czasopismach... Ja wiem swoje i tyle.
Telefon Justina zaczął dzwonić.
- Wybacz na chwilę. - wstał i wyszedł.
Kiwnęłam głową i położyłam się. Wzięłam z szafki swój telefon. Właśnie uświadomiłam sobie, że nie sprawdzałam go od ponad miesiąca.
Odblokowała go. Miałam 10 nieodebranych połączeń i 15 sms'ów od mojej siostry, mojego przyjaciela Daniela i przyjaciółki Sophie.
Zaczęłam je czytać i odpisywać.
Kiedy odpisałam na wszystkie do sali wrócił Justin.
- Muszę iść. - wziął swoją kurtkę z oparcia.
Kiwnęłam tylko głową.
- Ale wrócę. Niedługo. Słuchaj... - usiadł na łóżku. - Mam pytanie.
- No więc słucham... Tylko... Nie oświadczaj się...- powiedziałam z uśmiechem i odłożyłam telefon.
- Na to przyjdzie jeszcze pora. - powiedział. - Dasz mi swój numer? Chce się upewniać że wszystko w porządku.
- Nie boisz się że udostępnię twój numer telefonu?
- Nie zrobiłabyś tego. - zaśmiał się i wstał.
- W sumie racja. - zaczęłam podawać mu numer, czując że coraz bardziej się rumienię.
- To do zobaczenia. - wsadził telefon do kieszeni i  założył kurtkę.
- Czekaj... Co miałeś na myśli mówiąc "na to przyjdzie jeszcze pora"?
Uśmiechnął się tylko i puścił mi oczko po czym wyszedł.

Nie minęło 5 minut a mój telefon zaczął dzwonić.
- Halo? - odebrałam.
- To tylko ja... Dzwonię żeby się upewnić, że nie podałaś mi jakiegoś przypadkowego numeru żeby się mnie pozbyć. - usłyszałam w słuchawce głos Justina.
- Po co miałabym to robić? - zaśmiałam się.
- Nie wiem. - też się zaśmiał. - Jak się czujesz?
- Tak jak 5 minut temu. Chociaż lepiej się czułam jak ty tu byłeś.
- A twoja mama?
- Moja mama to nie ty. Nią nie mam obklejonych ścian.
Zaczął się śmiać.
- Ej! Nie śmiej się!
Spojrzałam na moją mamę która stanęła w drzwiach a obok moja siostra.
- Muszę kończyć. - uśmiechałam się.
Pożegnałam się i rozłączyłam.
- Jak się czujesz? - mama usiadła na krześle na którym parę minut temu siedział Justin.
- Dobrze. - uśmiechałam się lekko.
Przywitałam się z moją siostrą która weszła do sali razem z krzesłem na którym usiadła.
- Justina nie ma?
- Nie. Musiał gdzieś pojechać. - odpowiedziałam. 
Kiwnęły głowami.
- A co tam u ciebie? - spojrzałam na moją siostrę.
- W sumie w porządku... Przyjechałam między innymi żeby dać ci to osobiście. - wyjęła kopertę z torebki i podała mi ją.
Wzięłam ją i otworzyłam.
- To zaproszenie. Na mój ślub. - na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech.
Również się uśmiechnęłam.
- To fantastycznie.
- No wiem.
- Kiedy będę mogła wrócić do domu? - spojrzałam na mamę.
- Jak cię wyleczą.
Westchnęłam.
- Jesteś głodna?
- W zasadzie to... Nawet bardzo. - dopiero uświadomiłam sobie jak głodna jestem.
- To chodźmy. - Caroline wstała z krzesła.
- Może Ci przyniosę? - moja rodzicielka również wstała. - A ty leż. I odpoczywaj.
- Mamo, proszę. - przewróciłam oczami.
Westchnęła a ja wstałam, założyłam kapcie, wzięłam telefon i poszłyśmy.

Ludzie dziwnie się na mnie patrzyli kiedy szłam do stołówki.
- Czemu się tak gapią? - szepnęłam do moich towarzyszek.
- Jesteś sławna. - zaśmiała się moja siostra. - Wszyscy już o tym gadają że niby ty i Bieber jesteście razem.
- Przecież to nieprawda. - szepnęłam. - Nie jesteśmy parą.
- Jasne, jasne. - mruknęła jak weszłyśmy do stołówki i usiadłyśmy.
- Nie jesteśmy. - mruknęłam pod nosem. 

ROZDZIAŁ 3

* Justin POV's *
Nie wiem ile siedziałem w hotelowym pokoju wpatrując się w pustą ścianę. Może Camille ma rację? Może trzeba dać jej odejść?
- Nie. - powiedziałem sam do siebie. - Nie mogę pozwolić jej odejść.
Ale co ja niby mogę zrobić? Nie pozwolą mi do niej wejść...
Drzwi otworzyły się z trzaskiem i do pokoju weszła moja mama w towarzystwie Scootera - mojego menagera.
Spojrzałem na nich.
- Co wy tu... - zacząłem ale mama mi przerwała.
- Wstawaj. Jedziemy do szpitala. - powiedziała stanowczo.
- Ale... - urwałem, widząc jej minę. - Nie wpuszczą nas. Na pewno nie mnie. Skąd wy się tu wzięliście?
- Skarbie, wszyscy już wiedzą.
Wstałem.
- Mamy mało czasu... - powiedział Scooter.
Zerknąłem na zegar i przeklnąłem pod nosem. Za pół godziny wybije północ. Jak mogłem stracić tyle czasu?
- My odwrócimy uwagę ty postarasz się coś zrobić, jasne?
Kiwnąłem głową i poszliśmy.

Kiedy dojechaliśmy do szpitala minęło 15 minut.

- Wiesz co masz robić. - mama uśmiechnęła się do mnie lekko i razem ze Scooterem poszli w przeciwną stronę.
Czułem się jak w jakimś beznadziejnym filmie w którym chłopak stara się uratować swoją ukochaną.
Zaśmiałem się i uświadomiłem sobie w jak beznadziejnej sytuacji się znalazłem. Właśnie staram się ratować dziewczynę której prawie w ogóle nie znam, a pomaga mi w tym moja mama i mój menager.
Zacząłem wchodzić po schodach, rozglądając się po wyjątkowo pustych korytarzach. Było tylko słychać urządzenia działające w poszczególnych salach i moje kroki odbijające się echem.
Szedłem powoli, starając się nie natrafić na żadnego z lekarzy lub pielęgniarek. Stanąłem przed właściwą salą i spojrzałem przez okienko, mając nadzieję zobaczenia Jasmine ale... Sala była pusta..
Obudziła się? A może nie zdążyłem? Spojrzałem na zegarek który wskazywał na 23:55 i zacząłem się trochę denerwować. Spóźniłem się...
Wszedłem do sali. Niemożliwe.
Moją uwagę przykuła karteczka leżąca na łóżku. Podniosłem ją. To numer sali piętro wyżej. 23:57. Wybiegłem z sali i zacząłem wspinać się po schodach najszybciej jak mogłem. Wpadłem na właściwy korytarz i zacząłem szukać właściwej sali. 23:59. Wpadłem do sali i spojrzałem na łóżko. Leżała tam. Blada jak zawsze. Piękna jak zawsze.
Usiadłem na końcu łóżka i spojrzałem na drzwi, żeby upewnić się że nikt nie idzie.
- Musisz się obudzić. - złapałem ją za rękę. - Proszę... Wszyscy Cię potrzebują.
Zrobiło mi się sucho w gardle.
- Musisz się obudzić. Dla mnie.
Spojrzałem na zegar który wybił północ a potem na Jasmine, mając nadzieję że zaraz się obudzi. Że zobaczę jaki kolor oczu ma. Ale nic takiego się nie stało.
Spojrzałem na lekarzy którzy weszli do sali. To koniec...
- Wezwijcie ochronę. - powiedział jeden z lekarzy. - Tu nie ma prawa wchodzić nikt spoza rodziny! Gdzie jest ta ochrona? Czemu nikt nie pilnuje tego szpitala?!
Mój wzrok przeniósł się ostatni raz na Jasmine i poczułem że ktoś gwałtownie podnosi mnie do góry. Podniosłem wzrok i zobaczyłem jednego z ochroniarzy. Był wielki.
- Zostaw mnie! - krzyknąłem, starając się wyrwać, ale nie miałem żadnych szans.
Zaczął mnie ciągnąć w stronę drzwi.
- Kto tak krzyczy? - usłyszałem słaby, dziewczęcy głos za sobą.
Wyrwałem się ochroniarzowi który rozluźnił uścisk i odwróciłem się.
Przepchnąłem się przez tłum lekarzy którzy stali przy jej łóżku i co jakiś powtarzający "niemożliwe". Przepchnąłem się na tyle blisko by móc ją widzieć.
Spojrzała na mnie i zamrugała parę razy.
- Czy ja umarłam? - spytała cały czas mrugając i analizując otoczenie.
Uśmiechnąłem się lekko.
- Nie umarłaś. I prędko nie umrzesz.
Uśmiechnęła się najszerzej jak mogła.
- Teraz będziesz miał koszmary. Jestem niepomalowana.
- Moim zdaniem wyglądasz pięknie.
Spojrzałem na mamę Jasmine stojąca za wszystkimi lekarzami i odsunąłem się żeby mogła zobaczyć swoją córkę.
Widziałem łzy szczęścia spływające po jej policzkach kiedy usiadła na łóżku i przytuliła ją mocno.
Wiedziałem że nie jest za późno.

* Jasmine POV's *

Nie było tak jak w filmach. Nie było ani ciemno, ani nie widziałam światła, ani nawet nie była w wymarzonym miejscu, nie spotkałam zmarłych bliskich mi osób.
Poprostu spałam. A jak się śpi, to ma się sny. Ja też je miałam.
Raz zostałam królową świata i dostałam pegaza, potem wydałam własną książkę i wyszłam za księcia, a potem miałam bardzo dziwny sen... Justin Bieber siedział przy moim łóżku i coś do mnie mówił. Miałam nadzieję że zdejmie koszulkę, no wiecie...
Ale to były tylko sny. Nic nie działo się naprawdę. Nigdy nie będę królową świata, nie wyjdę za księcia, nie dostanę Pegaza... O ile te sny były niemożliwe to szybciej dostałabym Pegaza niż Justin Bieber zdjąłby przede mną koszulkę.
Ale przecież kiedyś musiałam podjąć wybór... O ile takowy bym miała. Zostać czy nie? Moja mama ma Thomasa, mojego ojczyma, Caroline, moja starsza siostra, ma swojego chłopaka - Johna... Poradzą sobie beze mnie... A Justin? Ma miliony takich fanek jak ja... Nie zrobi to żadnej różnicy... Możliwe że nawet się nie dowie.
"Musisz zostać. Dla mnie." w mojej głowie rozległ się tak znajomy głos... Ale nie mogłam sobie przypomnieć do kogo należy. Tak bardzo starałam się go sobie przypomnieć. Słyszłam go już... I znowu ustał.
Ktoś zaczął krzyczeć a ja... Obudziłam się.
- Kto tak krzyczy? - powiedziałam prawie szeptem, zamykając oczy spowrotem przez światło lampy które mnie oślepiło.
Otworzyłam je ponownie i zaczęłam się rozglądać.
Mnóstwo lekarzy stojących wokół mnie i patrzących na mnie z niedowierzaniem. Ktoś przeciskał się przez tłum lekarzy wokół mojego łóżka i odwróciłam lekko głowę żeby dostrzec kto to.
Na początku myślałam że to mama, ale to nie była ona. To był on. Justin Bieber. Stał przy moim łóżku. Prawdziwy, żywy.
Zaczęłam mrugać powiekami, zeby upewnić się że to nie halucynacje.
- Czy ja umarłam? - spytałam, wpatrując się w Justina który uśmiechnął się lekko.
- Nie. - powiedział. - I szybko tego nie zrobisz.
Jest prawdziwy. O Boże. O Boże. O BOŻE.
- Teraz będziesz miał koszmary... - zaśmiałam się słabo. - Nie jestem pomalowana...
- Moim zdaniem wyglądasz pięknie.
Patrzyłam na niego bez słowa.
Odsunął się trochę ukazując moją zapłakaną mamę. Jak mogłabym ją zostawić?
Usiadła obok mnie i przytuliła. Wtuliłam się w nią, uśmiechając się trochę szerszej.
- Kocham Cię, mamo. - szepnęłam.

ROZDZIAŁ 2

*Jasmine POV's*

Wspomnienia niczym wir przelatywały mi przez głowę.
Tutaj ja, pierwszy raz jadąc na rowerze, tutaj pierwszy raz idę do przedszkola, cała zapłakana tulę mamę.
Ludzkie życie jest niewyobrażalnie kruche. Wystarczy tak niewiele żeby je stracić.
Jedno wspomnienie zapadło mi w pamięci szczególnie.
Byłam tam ja, moja jeszcze wtedy najlepsza przyjaciółka Sophie, mój przyjaciel, który teraz wyprowadził się na drugi koniec świata - Adam, moja siostra, mama i jej mąż - drugi, bo pierwszy zostawił ją kiedy miałam dwa lata. Nie będę nazywała go swoim ojcem, bo on na to nie zasługuje.

- Dlaczego wy tak bardzo lubicie tego chłopca? - spytała moja mama, wchodząc do mojego pokoju i wyłączając radio. - Twoja siostra nie może się uczyć. Niedługo ma maturę.
Spojrzałam na nią.
- Muszę już iść. - Sophie wstała, wzięła swoje rzeczy i wyszła pośpiesznie. Od tego czasu już się nie widywałyśmy.
Pociągnęłam nosem i wbiłam wzrok w czerwono-fioletową pościel.
Mama usiadła obok mnie i położyła mi rękę na ramieniu.
- Co się stało?
Nie odpowiedziałam. Pokłóciłam się z Sophie o rzeczy które wydają mi się takie głupie... Nie wiem co ona myślała potem... Chciałam jej pomóc, a ona na mnie nawrzeszczała, że nie mam prawa mieszać się w jej życie i będzie się spotykała z kim będzie chciała. Okej, rozumiem... Ale z nauczycielem?!
Co miałam niby powiedzieć mamie? Że osoba którą uważała za swoją drugą córkę spotyka się z moim nauczycielem biologii? Nie ma mowy.
- Odpowiedz...
Spojrzałam na nią i otarłam łzy, które spłynęły po moich policzkach. Nie wiem czemu się poryczałam. W sumie to nie mój problem i lepszy nauczyciel niż jakiś pseudo bad boy. Ale to był mój problem. Przyjaźniłyśmy się praktycznie od zawsze... Nasze mamy od wielu lat są dla siebie jak rodzina.
- Nic takiego... Trochę się... Posprzeczałyśmy. - skłamałam.
Mama nie nabrała się na to kłamstwo. Nigdy nie potrafiłam kłamać. Cholera.
- A teraz powiedz mi co naprawdę się stało. Chyba nie pokłóciłyście się o Justina, prawda?
Obie go lubiłyśmy. A raczej... Kochałyśmy, jeśli można to tak ująć. Miałyśmy każdy album, każdy plakat, każdej piosenki i audycji lub tym podobne slychałyśmy razem. Wszystko robiłyśmy razem. A teraz zostałam sama pośród setek plakatów którymi miałam obklejone ściany. Nawet sufit był w plakatach.
- Nie, to nie o niego chodzi... - patrzyłam na zdjęcie, które stało za nami. Ja i ona. Uśmiechnięte, szczęśliwe... Jak to dawno było... - Sophie woli teraz inne towarzystwo.
To też była prawda. Zaczęła zadawać się, jak to ujęła "osobami wyższych sfer, które nie zajmują się uganianiem za jakimś nastolatkiem".
- Może jej przejdzie... - mama próbowała mnie pocieszyć.
- Może... - mruknęłam.
Wiedziałam, że nie wróci. Wyraziła się jasno, że już nie chce mieć nic wspólnego ani ze mną, ani z moją rodziną, ani nawet z naszym wspólnym przyjacielem Adamem, który podkochiwał się w niej od trzeciej klasy. Stwierdziła że przynosimy jej siarę. Miło. Ciekawe skąd taka nagła zmiana. Pamiętam jeszcze, co powiedziała chwilę przed tym jak weszła moja mama. "Mnie w porównaniu do ciebie ktoś chcę. Bo nie tracę czasu na jakiegoś sławnego gościa, który nigdy nawet na ciebie nie spojrzy. " to powiedziała. Nie wiem co zabolało mocniej.
Do pokoju wszedł mój ojczym - Federic w towarzystwie Adama, który miał minę, jakby ktoś dał mu z liścia. Czyli u niego też była.
Adam, mimo że wygląda strasznie i udaje przed wszytkimi że jest twardy, w naszym towarzystwie zawsze był jak nastolatka - można było z nim porozmawiać o wszystkim. Wiedziałam że przeżył zmianę Sophie bardziej niż ja.
Wstałam i przytuliłam go mocno. Potrzebowałam go. Kogoś w kim miałam oparcie. Kogoś kto nigdy by mnie nie zostawił. Nie mam mu za złe to że wyjechał. Musiał. Ale w porównaniu do Sophie utrzymywał ze mną kontakt. Codziennie dzwonił, gadaliśmy przez Skype co drugi dzień.
- U ciebie też była? - spytała cicho.
- Zadzwoniła do mnie. - odsunął się trochę.
No nie.
- Tak mi przykro... - patrzyłam na niego, czując że smutek zastępuje gniew.
- Mam coś dla ciebie... W sumie to dla ciebie i Sophie, ale to chyba już nie aktualne, więc... - wyjął z kieszeni kopertę.
Serce zaczęło mi bić mocniej. Niemożliwe.
Podał mi ją. Wyciągnęłam w jego stronę drżącą rękę i złapałam kopertę. Była lekka, ale mi wydawało się że waży tonę.
- Niedługo masz urodziny, więc pomyślałem że spełnię twoje jedno z największych marzeń. Niestety tego największego nie udało mi się spełnić... Wszystkiego najlepszego.
Otworzyłam ją powoli i sprawdziłam jej zawartość. Zamarłam. Bilety. Bilety na koncert. Na koncert Justina. Jedne z najlepszych.
Spojrzałam na niego i skoczyłam na niego. Złapał mnie i uśmiechnął się lekko.
Pocałowałam go w policzek.
- Jak ci się udało kupić te bilety?
- No wiesz... Trochę pracowałem... - powiedział i zaśmiał się, widząc moją minę - Rodzice dołożyli mi połowę.
- To bardzo drogi prezent...
- Nie narzekaj tylko się ciesz. - wywrócił oczami.
Zaśmiałam się i spojrzałam na mamę, która szeroko się uśmiechała.
- Z kim pójdziesz? - spytała moja siostra, która stała w drzwiach. Dopiero ją zauważyłam.
- Z Adamem. - zaśmiałam, widząc jego minę
- Nie ma opcji. - postawił mnie na ziemi. - Nie mam czasu.
- To z kim pójdę jak nie z tobą? - spojrzałam na niego z udawaną smutną minką.
- Ja mogę iść z tobą. - odpowiedziała moja siostra. - To może być nawet ciekawe.
I poszła ze mną. To był najpiękniejszy dzień w moim życiu.
Niestety trzy tygodnie później Adam wyjechał. Jego rodzice dostali w spadku posiadłość na drugim końcu świata. A Sophie? Sophie nadal przyjaźniła się z "wyższymi sferami". A ja zostałam sama.

ROZDZIAŁ 1

* Justin POV's *
Mijały dni, potem tygodnie, a ja nadal przychodziłem codziennie. Mówiłem do niej, przynosiłem kwiaty, choć wiedziałem że to nic nie zmieni. Widziałem ból malujący się na twarzy Camille, matki Jasmine. Widziałem że cierpi, że nie mogę w żaden sposób pomóc ani jej, ani jej córce. Jednak starałem się podtrzymywać ją na duchu, powtarzać żeby nie traciła nadziei.
Tego dnia, jak zwykle, przyszedłem do szpitala z nowym bukietem kwiatów, ponieważ tamte zwiędły, ale zatrzymałem się, widząc zamieszanie przy sali Jasmine.
Pobiegłem w tamtą stronę, ale zatrzymał mnie lekarz.
- Osobom spoza rodziny nie wolno wchodzić. - powiedział obojętnym tonem.
- Obudziła się? Niech pan mi powie czy się obudziła. - patrzyłem na niego z nadzieją, która szybko prysła.
- Niestety nie. - podszedł do nas drugi lekarz, wydawał się milszy niż tamten. - Dziś w nocy zostanie odłączona.
Patrzyłem na niego z niedowierzaniem. Przecież nie mogą jej odpiąć, nie mogą pozwolić jej umrzeć.
- Nie może pan! - krzyknąłem, a połowa osób która była na korytarzu spojrzała w naszą stronę. - Ona ma jeszcze szansę! Nie może pan pozwolić jej umrzeć!
Miałem ochotę się na niego rzucić. I zrobiłbym to gdyby nie matka Jasmine.
- Co się tu dzieje? - spojrzała na nas. - Justin, chodź na chwilę. - szepnęła i odeszła trochę na bok.
Rzuciłem ostrzegawcze spojrzenie lekarzowi i poszedłem za nią.
- Posłuchaj, Jasmine skończył się czas. - powiedziała, jej głos drżał. - Czas w którym miała się wybudzić, mija dziś. Ona już się nie obudzi.
- Nie może pani. Ona ma jeszcze szanse. Nie możecie pozbawiać jej tej szansy pozbawiać. Nie pozwalam na to.
- Doceniam to co zrobiłeś dla mojej córki, ale chcę abyś wrócił do swoich obowiązków. Chcę żebyś stąd wyszedł. - po jej policzku spłynęła pierwsza łza.
- Ale... - zacząłem.
- Idź już. - powiedziała stanowczo.
- Nie może pani! Nie możecie jej zabić! Nie pozwolę na to.
- Panie Bieber, proszę stąd wyjść albo wezwę ochronę. - podszedł do nas lekarz z którym rozmawiałem wcześniej.
- Nie pozwolę na to. - powiedziałem jeszcze raz i wyszedłem.
Pchnąłem drzwi i oślepił mnie błysk fleszy. Cudownie. Reporterzy. Jeszcze oni mi są potrzebni.
Zacząłem przeciskać się przez tłum, czując jak złość narasta we mnie z każdą sekundą. Kiedy wreszcie udało mi się przecisnąć przez tłum, wsiadłem do samochodu i odjechałem, zostawiając szpital za sobą.
- Nie martw się. Nie pozwolę na to. Choćby to była ostatnia rzecz jaką zrobię w życiu. - powiedziałem sam do siebie.

* Jasmine POV's *

- Wszystkim zależy żebyś się obudziła... - usłyszałam kojący głos w głowie. Znajomy głos. - Mi zależy.
Słyszałam ten głos jeszcze wiele razy. Działał jak antidotum. Wiedziałam że skądś go znam, ale nie wiedziałam skąd. Aż nagle go zabrakło. Nie słyszałam już nic. Znowu pustka, ciemność. Słyszałam tylko jakiejś głosy w oddali coś do mnie mówiące, ale nie rozumiałam ich. Nie rozumiałam niczego co mówiły. Dla mnie liczył się tylko ten jeden głos. Dlaczego już go nie słyszę? Już nie rozbrzmiewał w mojej głowie jak wcześniej... Byłam tak blisko poznania właściciela głosu... A teraz nic... Pustka...
Pomyślałam o tym że mogę obudzić się w każdej chwili, że czekają na mnie osoby które kochają mnie, a ja kocham je. Ale jednak nie mogłam... To było jak mur nie do pokonania, coś co trzymało mnie w tym stanie, do tego czasu, że już nawet nie chciałam się budzić.

                      *****

1 rozdział dosyć krótki, ale kolejne rozdziały będą dłuższe :)

PROLOG

* Jasmine POV's *

Patrzyłam na moją mamę, czując, że powoli zasypiam. Zasypiam w sen z którego mogę się już nie obudzić... Słyszałam kojący głos mojej mamy, która w kółko powtarzała, że wszystko będzie dobrze. Nie wiem czy przekonywała mnie, czy samą siebie...
Nazywam się Jasmine Rose, mam 17 lat i wykryto u mnie sepsę... Oczywiście w niezaawansowanym stadium, co dawało mi szanse na przeżycie... Rzecz jasna szanse były pół na pół, ale moja mama nie traciła nadziei że wszystko pójdzie dobrze i niedługo wrócę do domu. Zostałam królikiem doświadczalnym nowej metody leczenia ludzi u których wykryto sepsę. Wstrzykują Ci coś w żyły i czekają na efekt. Jeśli się obudzisz, kontynuują leczenie... Jeśli nie, umierasz.
Czułam jak jakieś nieznane ciepło rozpływa się po moim ciele i czułam przez chwilę łzy mojej mamy, kapiące na moją rękę którą trzymała... A potem nie czułam już nic.

* Justin POV's *

Wszedłem do nienaturalnie białej, szpitalnej sali gdzie na łóżku leżała mała, bardzo blada dziewczyna. Włosy opadały jej na zamknięte oczy. Była naprawdę piękna... Taka naturalna, niewinna. Wyglądała jakby po prostu spała, i za chwilę miała się obudzić.
Usiadłem na krzesełku które mi tutaj przyniesiono i chwilę wpatrywałem się w nią bez słowa. Po prostu nie wiedziałem co powiedzieć.
- Hej, Jasmine. - powiedziałem prawie szeptem. - Jestem Justin. Justin Bieber.
Wpatrywałem się w nią w milczeniu.
- Słuchaj... Musisz się obudzić... Twoja mama tu czeka, cała twoja rodzina tu jest. Wszyscy się martwią. Chcą żebyś wróciła.
Ani drgnęła. Była prawie tak blada jak prześcieradło na którym leżała.
- Twoja mama to naprawdę świetna osoba... Pojechała aż do Californi żeby opowiedzieć mi twoje ostatnie życzenie... - złapałem odruchowo jej dłoń. Była lodowata. - Ale nie musi być ostatnie... Wszystkim zależy żebyś wróciła... Twojej rodzinie, przyjaciołom...
Urwałem. I znowu się w nią wpatrywałem.
- Mi... - powiedziałem po chwili.