* Justin POV's *
Mijały dni, potem tygodnie, a ja nadal przychodziłem codziennie. Mówiłem do niej, przynosiłem kwiaty, choć wiedziałem że to nic nie zmieni. Widziałem ból malujący się na twarzy Camille, matki Jasmine. Widziałem że cierpi, że nie mogę w żaden sposób pomóc ani jej, ani jej córce. Jednak starałem się podtrzymywać ją na duchu, powtarzać żeby nie traciła nadziei.
Tego dnia, jak zwykle, przyszedłem do szpitala z nowym bukietem kwiatów, ponieważ tamte zwiędły, ale zatrzymałem się, widząc zamieszanie przy sali Jasmine.
Pobiegłem w tamtą stronę, ale zatrzymał mnie lekarz.
- Osobom spoza rodziny nie wolno wchodzić. - powiedział obojętnym tonem.
- Obudziła się? Niech pan mi powie czy się obudziła. - patrzyłem na niego z nadzieją, która szybko prysła.
- Niestety nie. - podszedł do nas drugi lekarz, wydawał się milszy niż tamten. - Dziś w nocy zostanie odłączona.
Patrzyłem na niego z niedowierzaniem. Przecież nie mogą jej odpiąć, nie mogą pozwolić jej umrzeć.
- Nie może pan! - krzyknąłem, a połowa osób która była na korytarzu spojrzała w naszą stronę. - Ona ma jeszcze szansę! Nie może pan pozwolić jej umrzeć!
Miałem ochotę się na niego rzucić. I zrobiłbym to gdyby nie matka Jasmine.
- Co się tu dzieje? - spojrzała na nas. - Justin, chodź na chwilę. - szepnęła i odeszła trochę na bok.
Rzuciłem ostrzegawcze spojrzenie lekarzowi i poszedłem za nią.
- Posłuchaj, Jasmine skończył się czas. - powiedziała, jej głos drżał. - Czas w którym miała się wybudzić, mija dziś. Ona już się nie obudzi.
- Nie może pani. Ona ma jeszcze szanse. Nie możecie pozbawiać jej tej szansy pozbawiać. Nie pozwalam na to.
- Doceniam to co zrobiłeś dla mojej córki, ale chcę abyś wrócił do swoich obowiązków. Chcę żebyś stąd wyszedł. - po jej policzku spłynęła pierwsza łza.
- Ale... - zacząłem.
- Idź już. - powiedziała stanowczo.
- Nie może pani! Nie możecie jej zabić! Nie pozwolę na to.
- Panie Bieber, proszę stąd wyjść albo wezwę ochronę. - podszedł do nas lekarz z którym rozmawiałem wcześniej.
- Nie pozwolę na to. - powiedziałem jeszcze raz i wyszedłem.
Pchnąłem drzwi i oślepił mnie błysk fleszy. Cudownie. Reporterzy. Jeszcze oni mi są potrzebni.
Zacząłem przeciskać się przez tłum, czując jak złość narasta we mnie z każdą sekundą. Kiedy wreszcie udało mi się przecisnąć przez tłum, wsiadłem do samochodu i odjechałem, zostawiając szpital za sobą.
- Nie martw się. Nie pozwolę na to. Choćby to była ostatnia rzecz jaką zrobię w życiu. - powiedziałem sam do siebie.
* Jasmine POV's *
- Wszystkim zależy żebyś się obudziła... - usłyszałam kojący głos w głowie. Znajomy głos. - Mi zależy.
Słyszałam ten głos jeszcze wiele razy. Działał jak antidotum. Wiedziałam że skądś go znam, ale nie wiedziałam skąd. Aż nagle go zabrakło. Nie słyszałam już nic. Znowu pustka, ciemność. Słyszałam tylko jakiejś głosy w oddali coś do mnie mówiące, ale nie rozumiałam ich. Nie rozumiałam niczego co mówiły. Dla mnie liczył się tylko ten jeden głos. Dlaczego już go nie słyszę? Już nie rozbrzmiewał w mojej głowie jak wcześniej... Byłam tak blisko poznania właściciela głosu... A teraz nic... Pustka...
Pomyślałam o tym że mogę obudzić się w każdej chwili, że czekają na mnie osoby które kochają mnie, a ja kocham je. Ale jednak nie mogłam... To było jak mur nie do pokonania, coś co trzymało mnie w tym stanie, do tego czasu, że już nawet nie chciałam się budzić.
*****
1 rozdział dosyć krótki, ale kolejne rozdziały będą dłuższe :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz